poprzedni tekst - co było dalej - początek
"na barana"
"Mała" wyglądała na pokładzie m/s "H. Ismail Kaptanoglu" okkrrropnie. Jej burty były tak brudne, ze z trudem dało się zgadnąć ich kolor. Linię wodną łatwiej było wymacać, po fakturze narośli mazutu, niż zobaczyć - po ostrej dawniej różnicy barw. Jacht był jednolicie szarobury.
Ali Tufekci, turecki stolarz, który pomagał w załadunku, unikał kontaktu z tym brzydkim kaczątkiem. Biały nie dawno pokład, teraz był pokryty niezliczonymi oleistymi śladami stóp. Niewiele lepiej było wewnątrz. Wszystkie moje ubrania, śpiwór, dywanik z podłogi kabiny, były brudne i śmierdziały smarem. Żaden Turek, mimo ciekawości, nie odważył się wspiąć na pokład. Ali, który miał w Stambule jacht motorowy m/y "Ali Baba", który sam zrobił (z drewna kasztanowego), oplótł tylko "Malutką" linami. Potem Turcy i moi ruscy dokerzy zrobili sobie zdjęcie na tle.
Kapitan Can dał do mej dyspozycji kabinę nad maszynownią. Wyznaczył mi miejsce w mesie dla załogi i zaprosił (o każdej porze dnia i nocy) na mostek. Był ciekawy porównania dokładności mojego Magellana 2000 z pokładowym, stacjonarnym GPSem Navstar. Dokładność pozycji z mojego odbiornika była porównywalna, zwłaszcza że na tamtym terenie nie ma możności wprowadzenia poprawki DGPS ze stacji brzegowej.
Pierwsze trzy dni spędziłem myjąc "Maleństwo" "od stóp do głów". Wieczorami okupowałem pralnię oficerska, a całą suszarnię i kabinę zawiesiłem praniem. Wyprałem nawet liny i obiboki. Efekt był aż nadto widoczny. Jacht znów lśnił jaskrawymi kolorami. Żółć burt, błękit nazwy, czerwień "brzuszka", biel pokładu - stanowiły taki kontrast z poprzednią burością, że wciąż przychodzili do mnie goście na pokład. Sączyliśmy sobie drinki na bazie ruskiej wódeczki i tureckich soków owocowych. Natomiast kabinę nad maszynownią zamieniłem na warsztat. Przejrzałem i poprawiłem wszystkie żagle. Wyczyściłem silnik, choć i tak miałem jako paliwo tylko ruską benzynę, nie pierwszej czystości.
Pierwszego dnia dorwałem na mostku słownik angielsko-turecki i całą noc spędziłem kując mój "survival-Turkuć". Zrobiłem sobie ściągę, którą wszędzie zabierałem ze sobą. Załoga, w przeciwieństwie do oficerów, nie była kumata językowo. Tym bardziej się początkowo dziwili, gdy wparowując rańcem do mesy na yemek mówiłem grzeczne gunaydin, a podając coś miałem moje lutfam, tesekur na miejscu. Po paru dniach, nawet rozmawiając z "Pierwszym" Mirceą, który był Rumunem i nie mówił po turecku, zamiast potakiwać, evet'owałem.
Usiłowałem zgłębić tajniki tabas, gry popularnej też w Grecji i na Bałkanach (skrzyżowanie warcabów, kości i oczka). Więcej sukcesów miałem z karcianą grą przypominająca "rozbójnika" z "kierków", gdzie brałem srogi rewanż za niepowodzenia w tabas. Z młodym "smoluchem" Alpaslam'em (tłumacząc dosłownie, to imię znaczy "Alpejski Tygrys" :) grywałem w ping-ponga. Nie miałem szans, bo skurczybyk umiał przewidywać przechyły statku, a ja przez nie nie trafiałem piłką w stół, za to bezbłędnie trafiałem głową w ścianę. Inni mechanicy mu kibicowali. Mi kibicował czasem "pokład", ale oni woleli tabas.
Wieczorkami sączyłem kawę na mostku z oficerem wachtowym i kapitanem, który też czasem przychodził pogadać. Bawiłem się ich radarem ARPA, "pogodynką" i innymi szpejami. Opowiadaliśmy sobie nawzajem głodne kawałki. Zaakceptowali mnie, bo wyszedłem obronną ręką z magla na temat Piri Reisa, który mi Can urządził już pierwszego wieczora. (Trafiła kosa na kamień. Ja też lubię takie kawałki. Bardziej niż historię PeZetŻet.) Opowiadali też, jak poprzedniego czifa wcięło w zeszłym roku w Noworosyjsku. Czif poszedł odwiedzić znajomka na stojący obok turecki statek. Nie powiedział o tym Ruskim. Ci go przyuważyli, zapudłowali i nie uznali za stosowne powiadomić skippera. Zrobił to jakiś azerski doker. Can ponoć wpadł w taką furię, że chciał zatarasować statkiem wejście do portu, aż mu oddadzą czifa.
Sielanka mijała szybko, choć na skutek przeciwnego sztormu szliśmy wolniej niż planowano. Starałem się być wciąż zajęty. Tylko tak mogłem stłumić strach. Bałem się wodowania. Miałem złe przeczucia.
co było dalej