poprzedni tekst - co było dalej - początek

dwa wodowania

Pod koniec "jazdy na barana" na frachtowcu, zachodziłem na mostek co parę godzin. Czytałem faksy pogodowe. Tymczasem wiatr na południu Norwegii uspokajał się. Nazajutrz miał być jeszcze słabszy. Zamiast więc wodować koło Stavanger, popłynęliśmy jeszcze jeden dzień. Każdego dnia statek pokonywał tyle mil co jacht w kilka dni! 

Rano w środę 27.08.97 przeniosłem manele z kabiny na jacht. Uzbroiłem go w żagle, bo stawić genuę bywa łatwiej niż włączyć silnik. Bałem się trudności z brudną ruską benzyną. Napełniłem termos kawą i pożegnałem wszystkich. Kolędowałem po całym statku, uścisnąłem rękę każdego Turka, od mostka, przez kuchnię, po smoluchów w głębi maszynowni. Potem włożyłem kask, sztormiak i szelki, i dołączyłem do ekipy na deku. 

Stolarz Ali wdrapał się do kabiny obsługi dźwigu. Odblokował wielkie ramię. Trzytonowy hak zjechał w dół i oparł się o dek. Bosman Mahmud i jego dwóch pomocników zaczepiło do niego ośmiometrowe stropy nylonowe, uzbrojone w ciężkie szekle na końcach. Pod jacht podłożyliśmy szerokie i miękkie pasy parciane. Potem uwolniliśmy jacht z więzów. Statek w tym czasie zatrzymał się. Ciężki hak zaczął iść do góry. Coraz wolniej i wolniej. Dość. Teraz dźwig zaczął się obracać, nachodzić nad jacht. Powolutku. Pomalutku. Zaraz będzie dość. Bosman powoli gramoli się na pokład "Marii". Starszy facet, budzi szacunek. Mamy razem odbierać liny, zakręcać szekle. Nagle jakaś większa fala. Hak zaczYNA się Huśtać, CoraZ bArdziEj, maRynaRz kTóRy MIaŁ GO TrzYMaĆ W RYzaCH LiNą NIe DAJE RADY, PuSZCZA, hAK WALI W ŻURAwIKI SZALUPY, LINY Z SZEKLAMI ZE śWISTEM PRZeLATUJą NAD GŁOWAMI, RAZ, DRUGI, ZACZEPIAJą O WANtY JAcHTU, SZARPIą, aLE PUSZCZAJą. ALI PROBUJE ODDALAć DZWIG. MACHAM WARIACKO RĘKAMI: SPUSZCZAJ HAK NA DEK! PANDEMONIUM KRZYKÓW. SZEKLE OWIJAJą NyLOnOWE STROPy WOKÓŁ ACHTERSZTAGU, SZARPNIĘCIE, JACHT WIERZGA GWAŁTOWNIE W KOŁYSCE, * - BUUUUMM - *, STENGA WALI SIĘ W DÓŁ, BOSMAN USKAKUJE NA DEK, Ja PRZESUWAM SIĘ W STRONĘ DZIOBU, ZAKRYWAM RĘKAMI TWARZ. sŁYSZE JAK HAK WALI O ŻURAwIKI, PoTem O ŁaDOwNię. Koniec. 





cisza 


szum fal 

otwieram oczy 

plątanina stalówek 
wśród nich czerwone łachmany. 

ulga: to tylko flagi Turcji i Gdańska. Stopniowo docierają do mnie dźwięki. Turcy cicho rozmawiają. Coś mokrego i gorącego na twarzy. Ocieram niecierpliwie: krew? Nie. To tylko łzy. Bardzo powoli schodzę na pokład. Ali Tufekci siedzi obok krzesła na pokładzie. Bosman rozmawia przez UKF z kapitanem Can'em na mostku. Też ma mokrą gębę. 

Zdejmuję kask. Obchodzę jacht w koło. Raz, drugi. Siadam. Wstaję. Wdrapuję się na pokład. Odczepiam feralne szekle od sztagu. Miękko uwalniam stengę. Oglądam podwięzi wantowe. Schodzę do kabiny. Wynoszę na dek narzędzia i skrzynkę wódki, co ją wiozłem do Norwegii, na zakup samosteru. Otwieram butelkę, pociągam łyk. Drugi. Jak woda. Zabieram się do odkręcania masztu od pokładu. Wolno to idzie. śruby się zgięły. Ktoś wchodzi na pokład. 

To Alpaslam. Cały w smarze. Za lekko ubrany. Przyszedł prosto z maszynowni. Bierze łyka z butelki i siada do odkręcania ściągaczy want. Dziwne. Przecież on ma teraz wachtę. Widząc go, zdaję sobie sprawę, że statek znowu płynie, pokład wibruje. Ktoś znowu lezie. To Ali. Butelka. Narzędzia. Jeszcze ktoś. Gramolimy się powoli. Nie ma pośpiechu. Składamy maszt na dek jachtu. Przywiązuję go do relingu. Zwijam stalówki jedną po drugiej do kabiny. Zdejmuję bom, ze zwiniętym grotem. Do kabiny. Genua. Zwijam w bezładny kłąb. Do kabiny. Turcy stopniowo schodzą z jachtu na pokład. Słyszę, że poprawiają umocowanie kołyski, wbijają klin obok kilu. Wiążą jacht linami. Ja porządkuję, poprawiam, sprzątam. Dobiega spokojna rozmowa. Poznaję głosy Cana, czifa Mircei i bosmana. 

Schodzę do nich. Od wódki kręci mi się w głowie. Bardzo spokojnie rozważamy co dalej. Nie ma o czym mówić. Nie mogę jechać z nimi do Casablanki. Zawinięcie statku do portu po drodze, ani naprawa na pokładzie nie są rozważane. Za parę dni podejdziemy do Cieśniny Kaletańskiej. Będzie na tyle blisko do brzegu, że dojdę na silniczku. Gdybym szedł stąd, nie miałbym szans. Prognoza była zła, barometr leciał na pysk, a my byliśmy kawał drogi od lądu. 

Potem nie pamiętam. Wiem, że wróciłem na jacht i dokończyłem klar. Wiem, że zniosłem skrzynkę na statek, do swej kabiny. Pamiętam, że siedziałem w kabinie, piłem i pisałem list, i darłem go, i pisałem, i darłem kilkakrotnie. Patrzyłem na swą ohydną gębę w lustrze. Miałem torsje. Jadłem słodki kadayif z lodówki dla nocnej wachty. Koja była za miękka. Leżałem na podłodze. W końcu zasnąłem. Wstałem dopiero na śniadanie za dwa dni. 

Po tym śniadaniu powlokłem się na mostek. 'Wiatrołap' znów pokazywał siedem stopni Beauforta! Niebo było bezchmurne. Piana grzywaczy lśniła jaskrawo w słońcu. Na morzu zaczynało być gęsto od statków. Zbliżaliśmy się do Cieśniny. Na ekranie ARPA był ruch jak w lunaparku. Na razie to były rybole, później miały dojść promy i poduszkowce. Ale z wodowania w Cieśninie - nici... Casablanka?! 

Znów cały dzień spałem. Wstawałem tylko na posiłki i by zobaczyć co na mostku. Po południu, wycisnął mi łzy widok małego jachtu. Na środku Cieśniny, zarefowany, szedł półwiatrem z Francji do Anglii. Przeszedł "Ismaiłowi" przed dziobem. Nie był większy od "Marysi". Czy ona jeszcze rozwinie skrzydła? Nie mogąc nic zmienić, poszedłem spać. 

Nazajutrz widok przez bulaj był taki sam. Ciężko powlokłem się na śniadanie. Gdy wracałem, steward zawołał mnie na mostek. Can chciał ze mną rozmawiać. 

Gdy wszedłem, przechodzący między skrzydłami mostku z lornetką Mircea klepnął mnie po plecach. Teraz on "powoził", ale był zajęty, nie wypadało go pytać o co chodzi, za duży ruch na wodzie. Mircea krążył między ARPA, a skrzydłami mostka jak tygrys w klatce. Rzut oka na 'wiatrołap' rozwiał moje nadzieje: siedem, do ośmiu. O co chodzi kapitanowi? Can stoi przy UKFce i wywołuje Coast Guard! Drugi raz patrzę na anemometr. Siódemka jak wół! Co jest? 

Can nie przerywając wywoływania pokazuje na wskaźnik kierunku wiatru. Prawie W-S-W! Zmienił się?! Rozumiem! 

Podbiegam do stołu z mapami. Wielki wykrzyknik, naniesiony ręką Cana pokazuje na Start Bay. Mogą rzucić kotwicę pod osłoną lądu! Rozważaliśmy to już wcześniej, na szerokości Stavanger, ale tam były skały, a tu jest idealny mulisty piasek! Słyszę, że Can pertraktuje z Coast Guardem, prosi o pozwolenie zejścia z routy i podejścia w rejon Dartmouth. Nie pytając nikogo o pozwolenie, biorę ze stołu mapę i biegnę do pokoju "drucika". Tam jest kopiarka. Ma tylko format A4, ale to wystarczy. Marginesy dorysowuję ołówkiem. Nie musi być dokładnie: i tak będę wchodził według namiarów optycznych, a nie GPSu. 

Gdy wracam z mapą Can woła mnie do UKFki. Coast Guard pyta, czy potrzebuję pomocy by wejść do portu. Mówię, że nie, że mam silnik. Anglik zadaje jeszcze kilka "crisp questions". Jakieś personalia, ETA., życzy powodzenia, odmeldowuje się. Tymczasem Can jednocześnie wydaje komendy na ster, żąda od stewarda kawy dla czterech, mobilizuje 'pokład'. Jest jeszcze czas, minie prawie godzina nim rzucimy kotwicę, ale wszyscy czujemy potrzebę działania. Pijemy kawę: Can, Mircea, sternik i ja. Siedzimy tylko we dwóch z kapitanem, Mircea i sternik wzięli kawę do okna. 

Dopijamy, gdy na mostek przychodzi bosman i Ali. Razem ustalamy wariantowy plan wodowania. Liny stropów będą przywiązane do pasów ładunkowych, bez szekiel. Stropy będą nasadzone pętlą na główny hak. Na wodzie zwolnię je z jednej strony, a hak zabierze całą uprząż do góry. Zastanawiamy się, co mówić Anglikom. Przypominam, że już udzielałem radiotelefonicznego wywiadu polskiej prasie, więc najlepiej po prostu mówić prawdę. Zgaduję, że mimo, iż już w Murmańsku dałem mu 'indemnity letter' i słowo, że wszelkie ryzyko biorę na siebie, Can obawia się wmieszania się prawa. Zapewniam, że dotrzymam słowa. 

Mało czasu. Tym razem żegnam się z wszystkimi poprzez interkom. Mówię w mniej więcej losowym porządku wszystkie zapamiętane tureckie słowa. Zdaje się, że cos poplątałem, bo wszyscy się śmieją gdy kończę. Nie ma czasu. Zbiegam do łodzi, wchodzę na pokład. Wszyscy są już gotowi. Gdy słychać zgrzyt łańcucha kotwicznego, zakładam kask i "szelki". Na razie wszystko idzie jak po maśle. Ha! Nie przeszkadza nam maszt! Jacht jedzie powoli w górę, poza obrys burty, w dół. Nagle zaczyNa się oBraCać, czTERy stropY splĄtuJą się W jednolity KŁĄB. JachT JeST nA WOdZIe, ALE NIE MOGĘ GO UWOLNIĆ! A FALE Są POŁTORAMETROWE. SPYCHAJą MNIE POD NAWIS RUFY. 

Wreszcie szarpnięcie uwalnia stropy z haka. Cała uprząż zostaje na "Marii". Hak unosi się. Patrzę pytająco na Turków na statku. Krzyczą "Go, Tom! Go away!" Odpycham się bosakiem od stalowej ściany. Szarpię silnik. Raz. Drugi. Trzeci. Paliwo! Odkręcam kranik. Jeszcze raz bosakiem. Szarpię silnik. Za którymś razem zaskakuje. Ma dziwny dźwięk, daje mało mocy. Pracuje tylko jeden cylinder. Trudno! Tuż obok fale klaszczą o nawis rufowy. Jak mnie tam zniesie to jedno takie klaśnięcie zakończy zabawę. Zwłaszcza, że zahaczyłbym o ster statku. Niesłychanie powoli odchodzę od burty. Niech no tylko któryś strop mi się wkręci w śrubę! Po chwili, najpierw jakby z wahaniem, potem już pewnie, włącza się drugi cylinder silniczka. Oddalam się na dwa kable od statku. Ufff! 

Przełączyłem silnik na bieg jałowy i poszedłem do UKFki. Ostatni raz pożegnałem się z Can Senerem. Poprosił, żebym ich dobrze reprezentował. Dziwna prośba. Wyszedłem na dek i wreszcie przypiąłem szelki do relingu. Było jakoś tak łyso bez masztu. Kołysało jak diabli. Odplątałem stropy i pasy ładunkowe, i wrzuciłem je do kokpitu. Usłyszałem syrenę "Świętobliwego Ismaiła", a potem głos jego silnika. Pomachałem ręką załodze, wrzuciłem całą naprzód i skierowałem jacht do brzegu. tc 


co było dalej