poprzedni tekst - co było dalej - początek
lądowanie w Dartmouth
Pot wciąż ze mnie spływał po emocjach wodowania, a już miałem zajęcie. Początkowy kurs do wejścia do Dartmouth zapamiętałem jeszcze na "Ismail". Właściwie nie był potrzebny. Nawet stad widać było wcięcie w nadbrzeżnych pagórkach, tworzące ujście rzeki Dart. Był początek weekendu, ale i tak ilość żagli na wodzie napawała zdumieniem. Gdy podszedłem bliżej, jachty zaczęły przepływać koło mnie. Szybkie, piękne, nowoczesne. Większość angielskich, kilka francuskich i amerykańskich. Kilka zrobiło pętlę, by się mi przyjrzeć. Pytali czy nie potrzebuję pomocy.
Tymczasem ja wchodziłem miedzy wzgórza. Minąłem zameczki na obu stronach River Dart. Oops! Kiedy mówiłem, że nie potrzebuję pomocy, mówiłem nieprawdę!
Widziałem w życiu parę naprawdę tłocznych portów jachtowych. Widziałem dwie operacje żagiel. Na chaos jestem uodporniony codziennym widokiem mojego biurka. Ale nic nie przygotowało mnie na ten widok.
Miedzy obu brzegami szerokiego ujścia rzeki, zabudowanymi sielankową, elżbietańską architekturą, na całej szerokości stały jachty. Na własnych samodzielnych bojach i na wspólnych, w "ogonkach" dziob-do-rufy, po kilka. Cumowały do długich pontonów zakotwiczonych na środku rzeki. Do kei po obu brzegach, i do nabrzeży, tworząc "tratwy" na grubość pięciu-sześciu jachtów. Do okrętu wojennego, stojącego majestatycznie w środku całego tego zgromadzenia i rozbrzmiewającego muzyka orkiestry tanecznej. Do dwóch innych statków, pełniących chyba funkcje restauracji i hoteli. Kakofonia muzyki, ogłoszenia megafonami, atmosfera festynu. Między tym wszystkim uwijały się promy, łączące Dartmouth, na zachodnim i Kingswear, na wschodnim brzegu. Motorówki, pontony, bączki, wchodzące i wychodzące z portu jachty. Ha, ha, hejże, hola, ledwie... zaraz, zaraz, bez takich! Gdzie ja mam stanąć?
Jak było jakieś miejsce, to na pontonach odciętych od lądu i opisanych tabliczką private. Krążyłem sobie jakiś czas, dolewałem paliwa, dalej krążyłem, aż nagle... Jest, jest wolne miejsce! I jakie dobre! To był rozgałęziony pomost pływający, też dużo jachtów, ale nie było "jachtotratw". I były wolne miejsca. Podpłynąłem. Z jachtu obok wybiegły boso dwie babki, starsza i młoda. Sprawnie zacumowały "MM". Potem obie stały obok, gdy ja się klarowałem. Starsza pani zauważyła: "fajny jacht... tylko co Ci, kochanie, przeszkadzał maszt?".
Angole nie lubią zbiegowisk. No.. Angole na poziomie. Na jachtach nie ma kibiców piłkarskich. Widziałem, że byłem dyskretnie obserwowany z kilku lodzi, ale nikt nie zawracał głowy. Babki co innego, one mi brały sznurki, więc byliśmy znajomymi. Sądziły, że źle stoję, bo tu staje prom mariny, ale 'no problem', przyjdzie Bill, powie co robić. Faktycznie, gdy skończyłem, przebrałem się i rozmawialiśmy na kei, podszedł gość w czerwonej bluzie z napisem "Dart Marina", i powiedział "cześć, jestem Bill; fajny jacht, tylko co ci, chłopie, przeszkadzał maszt?" (!...) Poradził, żebym na razie przesunął moje maleństwo do końca pomostu, potem znajdą dla mnie stałe miejsce. Powiedział, żebym się na razie niczym nie przejmował, odpoczął, on mi sprowadzi celników, immigration i... prasę. Kobiety zaprosiły mnie na "kapoti". Dowiedziałem się, że przypadkowo przybyłem pod koniec dorocznego tygodnia regat królewskich. Siedząc w ich jachcie przy herbatce, a potem przy szklaneczce, oglądaliśmy manewrujące nad głowami odrzutowce cyrku "Red Arrows". Potem moje sąsiadki, zapytane, zeznały, że postój małego jachtu kosztuje w "Dart Marina" >16 funtów sterlingów za dobę.
(No tak, pomyślałem wzdychając, ale za to moje 'misadventures' chyba się skończyły... Jakże byłem naiwny!)
co było dalej