poprzedni tekst - co było dalej - początek

remont

Po śmierci Diany angielscy dziennikarze poszaleli. Media same stały się obiektem brutalnych ataków mediów. Przy takim temacie - samograju nie tylko jakiś tam żeglarz z nikąd, "ubi leones", nie tylko doroczne regaty, ale nawet giełda i polityka stały się nieważne. Regatta - FM też wołało się nie wychylać. Skrócili działalność, a i tak ostatni dzień puszczali tylko muzykę poważną i wystąpienia żałobne lokalnych notabli. Nie przeszkodziło to im hucznie opić koniec pracy. Jako ich maskotka, wziąłem udział w demontażu studia i w uczcie, na którą pojechaliśmy kawał drogi wzdłuż malowniczego wybrzeża Devonu, do porośniętego bluszczem wiejskiego pubu na granicy Dartmoor. 

Na szczęście, mimo krótkości mojej "ekspozycji radiowej", zgłosił się telefonicznie z chęcią pomocy starszy gość. Ben Ball (dla znajomych Big Ben :) to tajemniczy facet. Wszystko co o nim wiem, wywnioskowałem z tego co o nim mówili inni. Znali go wszyscy w okolicy. On sam, choć rozmowny i uroczy, nie mówił o sobie, a mi nie wypadało pytać. Ukończył niezłe szkoły. Grał w rugby, za czasów gdy był to dość 'classy' sport. Potem był działaczem ligi rugby. Był szychą w angielskim przemyśle tekstylnym. Nie zdążył wycofać się przed jego upadkiem. Żył w przyczepie kempingowej, nad morzem, wśród palm. Teraz sprzedawał swetry w maleńkim sklepiku w Dartmouth. Ben obiecał mnie skredytować na dowolna sumę. Z początku myślałem, że to darowizna. Ben mówił, że nie zależy mu na tej kasie. Poznawszy go, zacząłem mieć wątpliwości co do jego zasobów. Parę dni po powrocie do Polski, zapożyczając się, wysłałem mu czek regulujący moje zobowiązania. 

Poparcie Bena sprawiło, że takielunkiem "Marysi" zajął się sam Charlie Hutton z Atlantic Spars. Przed laty taklował on s/y "British Steel" Chay'a Blyth'a na podroż Dookoła, non stop, że wschodu na zachód. Co ciekawe, Charlie był tańszy niż inne oferty. Teraz musiałem czekać. 

Spodziewając się silnych wiatrów fordewindowych i tłoku w kanale La Manche, koło Europort i na Bałtyku, musiałem porobić zakupy. Kupiłem i zainstalowałem przemądrzałego autopilota Autohelm 1000+. Nabyłem też dobra i tania ręczną UKFkę. Po zerknięciu na długoterminowe prognozy pogody szarpnąłem się na fok sztormowy. Trochę starych map dostałem, trochę kupiłem. (Szedłem potem głownie na kupionych wodoodpornych nówkach Imray). Z innego jachtu dano mi zeszłoroczny almanach McMillana. Tablice pływowe uaktualniłem. To była godzinka pracy. Nie musiałem liczyć wszystkich portów i całego roku. Wystarczyło kilka portów i początek września. Tym nabytkom zawdzięczam skórę. 

W tym czasie do Dartmouth weszła replika "Endavour". W dolinie Dart nie było zupełnie wiatru, ale oni mimo to postawili swe szare żagle, i wyglądali całkiem całkiem. Nad Dart wyległy tłumy by ich podziwiać. Zabawny był terkot diesla repliki i nadmiar komend na deku. I załoga w ciucho-błyskach od Lloyda. "Endavour" zatrzymała się koło wpadającej w oko oceanicznej bestii jakby rodem z XXI wieku, o nazwie "Predator". 

Ben poznał mnie potem z Peterem Crowtherem, właścicielem tego superjachtu. To była łódź do samotnego ścigania się w regatach transatlantyckich. Peter stracił w nich swój poprzedni jacht i miał niewyrównane porachunki. Jadłem z Benem kraby w pubie Petera "Green Dragon". Ściany są tam wytapetowane mapami i obwieszone zniszczonym osprzętem. Teraz wisi tam też moja Zatoka Gdańska. Rozbawiła mnie półka z książkami Petera. Nawet kolejność była podobna jak na mojej. Moje książki to oczywiście polskie tłumaczenia i więcej mam "naszych" autorów, ale i u niego wypatrzyłem oprawione razem K. Liskiewiczową i N. James. Inne parki: Slocum/Gerbault, Tabarly/Chichester, Knox-Johnson/Moitessier. Oczywiście codziennie byłem w Atlantic Spars, "tuczyć okiem konia". 

Wszystko było gotowe na piątego września. Po zakropionym pożegnaniu, wyszedłem w morze. Dobrze mi było w Anglii, ale musiałem się śpieszyć. Pogoda miała się załamać lada dzień. 


co było dalej