poprzedni tekst - co było dalej - początek

Żegnaj, Anglio!

Wyjście w morze wprawiło mnie w "szampański" humor, mimo że dobrze mi było w Anglii i zostawiłem tam przyjaciół. Wyszedłem na noc, po imprezie. Na River Dart, wśród wzgórz, nie było zupełnie wiatru. Prąd rzeki, odpływ i silnik wspólnie wyniosły mnie na morze. Tu, dzięki słabemu, ciepłemu wiatrowi, mogłem postawić największe żagle. Dławiło mnie wzruszenie. 

Czekał mnie bardzo satysfakcjonujący etap. Byłem prawie szczęśliwy. Wyobraźcie sobie, proszę: Cisza. Delikatny plusk fal o dziób. Bezchmurne niebo. Parę dni po nowiu. Nic nie gasiło gwiazd. Żadnych łun miast z lądu. Żadnych świateł nawigacyjnych. (W tym rejonie Anglii nie ma rout frachtowców ni łowisk rybackich. To świat jachtów.) Prócz gwiazd i pojedynczych światełek na lądzie, najmocniej święciło morze. 

Miliony maleńkich fajerwerków fosforescencji, obudzonych przez przepływający jacht. Nigdy jeszcze nie byłem na żyznych wodach tropików, ale i to robiło wrażenie. Na północy miałem dzień polarny, za jasno by widzieć święcenie planktonu. Na zimnym, słonawym Bałtyku i na jałowym śródziemiu fosforescencja jest bledsza. Podczas poprzednich pływań na La Manche byłem tam duużym "kredensem". Teraz, na Nefrycie, mogłem zanurzyć dłoń w wodzie i... złapać kilka nocoświetlików (noctiluca miliaris), głównych aktorów tego widowiska. Widok zapierał dech. 

Planowałem nastawić autopilota i iść spać. Zrealizowałem to częściowo. Sterował autopilot ("Docent":), a ja, z kawą i pudłem bakalii położyłem się na dziobie "MMarii" i czekałem na sen. Czuwałem do świtu. Dopiero wtedy senność i rosa zgoniły mnie pod pokład. Nastawiłem budzik na aż dwie godziny snu i położyłem się. 

Obudził mnie klakson samochodowy... Wystawiłem głowę na pokład i zobaczyłem tuz obok kuterek i uśmiechniętych rybaków. Pomachałem im ręką, poprawiłem trochę ustawienie żagli i włączyłem GPS. Potwierdził to co widziałem gołym okiem: to była udana noc. Za mną była już zatoka Lyme. Na lewym trawersie był opiewany w szantach Portland Bill. 

Niebo zasnuło się i wiatr nieco urósł. Po pewnym czasie, po minięciu z szacunkiem mielizny Shambles, wziąłem kurs wprost na południowy brzeg Isle of Wight. Jechałem teraz fordewindem. ("Motylem byłem":) Grot trzymały w ryzach szot i kontraszot. Genuę, a wkrótce tylko foka marszowego: szot, kontra, spinakerbom i jego obciągacz i fał. Cała WWW! Tylko rumpel dzierżył prosty z wyglądu Docent, co rusz to minimalnie korygując kurs. Te korekty były wyczuwalne jako delikatne drżenia kadłuba (ciała!) "Marysi". Uspokajały, że wszystko OK. 

Wiatr powoli wzmagał się. Wciąż nie ufałem nowemu takielunkowi, mimo, że maszt nie był już !ZGROZA! tyłem do przodu (patrz mój wcześniejszy tekst). Wołałem refować zawczasu. Szedłem na mniejszym foku marszowym i dużym grocie z jednym refem. I tak miałem już spoko sześć węzłów, a pływ czasem robił z tego osiem. Klify wyspy Wight rozświetlały się czasem w słońcu jak płonąca magnezja. 

Z dala widziałem żagle idące w przeciwnym kierunku. Rzadziej widziałem jachty idące jak ja na wschód: miały podobną do mojej prędkość. Miałem dalej szczęście do pogody. Silny, korzystny wiatr, sucho, chwile słońca, czasem krótkie szkwały rozwieszające śliczne tęcze. Docent sprawował się super. W zeszłym sezonie pływałem z zabawką kolegi, jego Navico TP100. Były z nim pewne kłopoty. A mój Docent był niezawodny. Wyświetlał cyfrowo kurs i dane swej pracy, miał też porty NMEA i SeaTalk (na przyszłość!). Niestety, w porównaniu z Navico żarł nieco więcej prądu, co miało wkrótce sprowadzić mi na kark pewne kłopoty. 

Na razie, jak to celnie ujął pan j.kpt.ż.w. inż. Wacław Liskiewicz na łamach "Morza", wszystko szło "gładko, łatwo i przyjemnie", mimo mojej ignorancji i bezmyślności. ;)) Tymczasem zgodnie z planem, nadchodzącej nocy czekał mnie ubaw po pachy: przejście przez Cieśninę Kaletańska. Nocą ilość promów, a zwłaszcza poduszkowców jest tam nieco mniejsza. Właśnie na to urocze miejsce był kupiony Docent. 

Cud, że go nie zepsułem, tak haniebnie się nad nim do tej pory pastwiłem. Dobrze, że nie ma jakiegoś Towarzystwa Ochrony Maszyn. Za znęcanie się nad Docentem miałbym je na karku. Ale dzięki temu poznałem i zrozumiałem każdy z jego pisków, wiedziałem jak zrobić zwrot jednym uderzeniem klawiszy, co on może, a na jakie okazje musi być koniecznie wyłączany. Miałem też na deku latarkę, UKFkę, rakietę i termos. Nawet papier nav. i rozkład jazdy promów plus ksero mapki ich "ścieżek". Nie byłem przygotowany tylko na nisko przelatujące krasnoludki. 

Nic dziwnego, że przejazd przez Cieśninę okazał się nudny. 


co było dalej