poprzedni tekst - co było dalej - początek

przelot przez Morze Północne

Za Dover można przejść routy statków pod brzeg Francji i iść NEE przy brzegu. Można też to odłożyć i iść pewien czas na lewo od szlaku, na NNE. Widzieliście mapy Morza Północnego od Francji do Holandii? Dużo szczegółów. Pomijam platformy wiertnicze i podejścia Europortu, ale sam locyjny opis fal nad tamtejszymi super-rewami był zbyt malowniczy na mój gust. A rosnący wiatr robił się coraz bardziej SWW. By mnie nie przyparło do brzegu poszedłem NNE. 

Najpierw nocą obejrzałem latarniowce mielizny Godwin. Potem giganty na niewiarygodnie odległej redzie Europortu. Przeszedłem routę na belgijska stronę, ciut zahaczając o wody Francji. Potem dzień spoko robienia mil. W planie było Ijmuiden, awanport Amsterdamu, wizyta koleją w "A-dam". Ale barometr zaczął lecieć na pysk, a wiatr rósł. Zrezygnowałem. Ryzyko. Mógłbym utkwić dłużej. Opłaty portowe konkurowałyby z wężem w mej kieszeni o resztki forsy. 
(*Prawdziwi* jachtowi kapitanowie żeglugi olbrzymiej nie miewają takich problemów! :) 

Leciałem teraz na max. zarefowanym grocie i foku sztormowym. "Mała" niosła tyle szmat, co damy na Copacabana opalacza (proporcjonalnie do rozmiarów jej hipopotamiego ciałka), a mimo to GPS zeznawał ponad 12 węzłów. Powiecie, że kituję, bo krowiasty Neftryt ledwie może 7 knotów, potem idzie w drobne. Ale tam się nakłada jeszcze pływ, a wiatr duł już w tym kierunku jakiś czas, rozpędził wodę. Autopilot, do niedawna taki pracowity, teraz musiał lec w kabinie. 

Niezłe zbliżenie miałem przy NW "zaobleniu" Holandii. Był szczyt przypływu, sztorm też dodał poziomowi wody, ale czułem się dziwnie, pisząc raz po raz pozycje nad lądem. świtało, widziałem plażę wyspy Trexel. Do przyboju było daleko, a wg locji rewy mi nie groziły. Czułem się dobrze, ale po minięciu "narożnika" i wyjściu na prostą uświadomiłem sobie, że oto rozrabiam z braku snu. Wtedy nastąpiła awaria. 

Manewrując na "zakręcie", zmieniałem długość kontraszota grota. Potem go źle zawiązałem. Gdy przez senność dopuściłem do "podwiania" grota przy fordewindzie, kontraszot puścił, grot z rykiem przeleciał i wyrrrwal z bomu okucie szota. Cud, że nie uszkodził wanty. Jak już przestałem mrugać z zaskoczenia, zrzuciłem fok, by stanąć w łopot. Zrzuciłem grota, odwiązałem jego zarefowaną część, a całość rzuciłem do kabiny. "Mańana", bez żagli też zasuwała równo, ale wołałem jej dodać minifok. Z nim zmykała pełnym półwiatrem od brzegu. Mogłem pomyśleć co dalej. Poluzowałem topenantę i oparłem bom o reling, capnąłem to krawatem i zszedłem do kabiny. Jak już uprzątnąłem grot (nie ma tego złego... była okazja do wymiany połamanych listew) uznałem, że jacht "przędzie" lepiej ode mnie. To ja byłem słabym ogniwem. Rzut oka na mapę: byłem dość daleko od portów i rout, by iść lulu. Włączyłem podsłuch 16 kanału UKF i położyłem się. 

Po dwóch godzinkach, na zew budzika, włączyłem GiPS i zerknąłem przez okno. Daleko do wszelkich "schodów". Pomalusiu zrobiłem kawę, wrąbałem kilka daktyli i odsunąłem sztorcklapę. Parę metrów za rufą tańczył na fali pomarańczowy kuter SAR. Z kabiny patrzyło na mnie dwóch gości. Niby miałem awarie, ale ani nie potrzebowałem, ani nie wołałem o pomoc. Wziąłem więc UKFkę na pokład i prostując flagę (ciągle się owijała wokół flagsztoka) zapytałem na kan.16, w czym mógłbym pomoc ;) Rozbawieni ratownicy odparli, że ktoś tu ich nieczytelnie wołał, oni spotkali mnie i właśnie zastanawiali się, czy to byłem ja. Na moje "I'm fine, thanks", życzyli mi milej zabawy i pognali na południe. Ciekawostka, pomyślałem, trzeba będzie łypać na zmyte kontenery. 

Wywlokłem na dek mniejszy grot. Ten grot miał o ponad metr krótszy lik dolny. Dzięki temu mogłem po założeniu go (i zarefowaniu "na dzień dobry") obwiązać koniec bomu mocnym krawatem i do tego przyszeklować górny blok szota. Wyglądało porządnie. Gdyby słabsze wiatry nie wymagały czasem większego grota, mógłbym tak jechać aż do Kraju. 

Ponieważ wciąż duło, nie myślałem o zachodzeniu do jakiegoś portu po drodze, tylko gnałem dalej na wschód. Przeszedłem przez ujście Jade, wszedłem w ujście Elby i była szansa, że wieczorem będę sączył Bier-chen w znajomej kafejce nad mariną klubu Cuxhaven. ściemniało się, więc poszedłem do kabiny włączyć światła. Przy okazji chciałem zerknąć na mapę, wpisać pozycję, więc włączyłem też lampę w kabinie. Zapaliła się, a potem przygasła. Żarówka żarzyła się troszkę, więc nie czekał mnie przegląd połączeń, klem itp. To akumulator zdechł. Fiu, fiu! 

Było za późno, na jakiś mały port. Szedłem już miedzy bojami podejścia Cuxhaven. Musiałem wejść "na ciemniaka". A co było ajkumulatorkowi? Cóż, ostatni raz był ładowany w... Tromso. W czasie pobytu w Rosji było jasno w nocy, na "Ismail" nie używałem go, a w Anglii woltomierz mówił, że moja bateryjka (160 Ah, 30 kg, "byk" od wózka elektrycznego) była pełna. A tutaj co noc musiałem święcić lampy. Ale największą pozycją poboru był Docent. Z doświadczeń z autopilotem kolegi wynikało, że powinno mi wystarczyć prądu. Ale ja szedłem pełnymi kursami, to gorzej dla pilota niż kursy ostre. No i mój Autohelm chyba pożerał ciut więcej niż Navico kolegi. Był przecież silniejszy. 

Wiatr, jak na złość, zaczął siadać. Było ciemno, lampy salingowe też nie działały. Rozrefowałem grota, ale balem się zmieniać foka. By mnie nikt nie rozjechał od tylu, (prawa strona toru!) zapaliłem na rufie świeczkę. W razie czego mogłem oświetlić żagle latarką i święcić jej rachitycznym światłem w kierunku groźby. By zmniejszyć ryzyko szedłem brzegiem toru. Gdy jechało coś byczego, czmychałem na pobocze. Po jednym takim uniku siadłem. O wstydzie!... 

Zszedłem sam. Był przypływ. Ale było po północy. Szczęśliwie płynęła policja wodna. Przez UKF poprosiłem by mi potowarzyszyli, bo jestem po ciemku. "Gdzie jesteś?" spytali. Byli kabel ode mnie, a nie widzieli mnie! Pomachałem latarką i do ich "sea-speak" z zaskoczenia weszło: "Scheisse! Oops, Tschuldigung!" Odtąd rozmawialiśmy po niemiecku. 

Potem wiatr zdechł. A niosłem tylko foka sztormowego i mały grot. Zacząłem reanimować silnik. Ale on był w sztormie na pawęży. Nie chciał zapalić. Jedynym moim napędem stał się przypływ. Dałem znać eskorcie. Odparli "Kein Problem! Momment mal!" Wiecie? Ja właściwie nie lubię tego języka. Ale teraz brzmiał mi jak śpiew słowika! Niemcy podeszli, wzięli hol i wciągnęli mnie do przystani. Przed cumowaniem rozpędzili mnie i rzucili hol. Wyraźnie nie był to ich pierwszy raz :) 

Zacumowałem i poszedłem na ich kuter patrolowy. Niemcy zerknęli w moje papiury, potem na moje gazety o mnie. Zrobiła się wieża Babel, bo szef nie znał angielskiego, a młodsi woleli nim mówić, bo.. mój niemiecki zardzewiał z emocji. 

Byłem pewien, że mi wlepią mandat "za niemanie świateł". Tak by zrobili nasi. Czy nie? Tymczasem dowódca z oszronionymi skroniami pokiwał paluchem, powiedział, że to było "Lebensgefahrlich". Następnie wyprężył się jak drut (inni wstali) zasalutował mi (byłem brudny, rozczochrany, mokry), pogratulował i poszedł. A odchodząc kazał swoim naładować mi baterie i pozwolił stać u nich darmo. 


co było dalej