poprzedni tekst - co było dalej - początek
polsko - niemiecko - kanaryjski "żaglowiec" Peace
Nazajutrz świeciło słoneczko. Prostownik mruczał kocio, cichutko i nastrojowo. Wstałem, zrobiłem "klar suszący" (burdel jak ta lala). Szczęście, że policjanci gdzieś poszli. Z wrażenia pewnie by się przeżegnali lewą nogą.
Wysuszyłem zęzy. Pod topem wywiesiłem flagę Gdańska. (Banderka wisi przepisowo tak nisko..) Może dzięki temu, mimo, że stałem przy policyjnej kei, co rusz odwiedzali "MM" spacerowicze. Dzięki nim, nie przerywając późnego śniadania, sprzątania, pilnowania suszarni, zdobyłem plan miasta z ponaznaczanymi sklepami żeglarskimi i informacje, że obok stoi żaglowiec z polska załogą. Nim wróciły moje gliny mogłem schować cześć podsuszonych gratów. Po prysznicu na gościnnym policyjnym patrolowcu, poszedłem do miasta.
Po drodze przeszedłem koło s/s "Peace". Kanaryjska flaga (St. Neville & Kitts). To tam byli Polacy. Widziałem już ten statek, jak i inny tutejszy raj gastarbajterów, "Freedom". Przy poprzedniej wizycie w porcie Johanna Cuxa nawet je zwiedziłem. Czy spotkam kogoś znajomego? Sprawdzę wieczorem...
Najpierw poszedłem do centrum wymienić funty i kupić żarcie. Potem dzwoniłem do domu i pisałem listy. Kupiłem miernik elektryczny. (Mój ruski zmókł w sztormie i był do wyrzucenia.) Potem poszedłem do shipchandlera. Gość obiecał naprawić zniszczone okucie bomu. Jeśli go mu przyniosę, to za cenę materiału. Pokłusowałem do jachtu, przerzuciłem na drugi bok suszarnie i odczepiłem drzewce. Potem z trzymetrową belką z aluminium pognałem przez Cuxhaven do sklepu.
Gość założył nowe okucie. Łajza zużył przy tym ze trzydzieści popnitów, a potrzebował cztery. Nity wpadały mu do środka bomu. Naprawa wyszła drogo. Ponoć gość ma też sklep w Szczecinie. Nie był zainteresowany otwarciem filii w Trójmieście, bo w Szczecinie jego głównymi klientami byli ex-Enerdowcy. Wszystko to trwało długo. Jak wróciłem do lodzi, było ciemno. Zjadłem coś i poszedłem na "Peace".
By odkryć nację żeglarzy, starczyło postać przy trapie. Był zamknięty niewidoczną po ciemku linką, ale Załoganci wchodzili i wychodzili. Co się który potknął, to niezależnie od płci, postury i rangi, zdradzał swe korzenie donośnym lub stłumionym "kurr..!" To było raczej zabawne.
Bosman, młody chłopak, nie mógł uwierzyć w moja historie. Wyszedł na dek by się przekonać, że opodal stoi Nefryt. Potem poczęstował mnie kolacja i sprowadził najstarszego ranga Polaka, chiefa (Adam Kantorysiński z Kołobrzegu). Od niego poznałem historię statku.
"Peace" to zmieniony we fregatę rybol z udanej serii "jeziorek", dawny m/s "Gopło". Opłynął świat za ryba. Potem go kupił obecny kapitan, Niemiec ożeniony z Polka. Przerobił trałowiec burtowy na wycieczkowiec żaglowy. Tania flaga pozwalała mu mieć na deku nie zrzeszonych w związku zawodowym marynarzy bez uprawnień. A silnik i mechaników miał z "rybich" czasów.
Na hasło "mechanik" zastrzygłem uszami. Od słowa do słowa, umówiłem się na randkę mechaników z truchłem mojego silnika i na przegląd map z czasów "Gopła" (nie miałem południa Cieśnin Duńskich). Na "Peace" mieli nazajutrz okrętować pasażerów. Był ostatni moment.
Nazajutrz rano skończyłem ładowanie akumulatora. Pięknie podziękowałem miłym policajom. Potem do popołudnia dłubałem z mechanikami w moim Envirude. Pracowaliśmy w maszynowni "Peace'a". W międzyczasie wydębiłem od Adama mapy i zjadłem z załogą obiad. Zaburtowiec był w środku przesycony solą. Po naszej dłubaninie *czasem* zapalał. Niestety, nie było czasu i narzędzi by go zrobić porządnie. A na serwis nie miałem kasy ni czasu.
Pożegnałem rodaków, odprowadzili mnie. Policjanci (inna zmiana) zaczęli mnie pytać kiedy planuje płynąć, bo znów idzie sztorm. Wtedy zdecydowałem się, korzystając z przypływu i dobrego wiatru, pójść natychmiast do Brunsbuttel, południowo zachodniego wejścia Kanału Kilońskiego. A gdy się człowiek spieszy...
co było dalej