poprzedni tekst - co było dalej - początek

część 28, trzecia od końca: "Jachting z yayami"

Był przypływ, późne popołudnie. Postawiłem żagle i dałem znak. Załoganci z "Peace", ciągnąc za cumę dziobową, nadali "Maleńkiej" początkową prędkość, ułatwiając odejście od kei przy silnym dopychającym wietrze. 

Po wyjściu z portu na Elbę włączyłem GPS, do którego przedtem wprowadziłem pozycję Brunsbuttel. Teraz odbiornik obliczył moją drogę do celu na ponad 3h. Nastawiłem budzik na 2,5h i zająłem się żeglugą. 

Doznawałem dziwnych wrażeń. Szedłem pełnomorskim jachtem, po akwenie legalnie morskim. Woda bulgotała za rufą. W zapadającym zmroku boje ograniczające tor wodny migały kolorowo. Momentami padał deszcz, wiec zamknąłem właz. Z lewej strony dobiegał mnie turkot silników morskich gigantów a z prawej... muczenie krów, szczekanie psów, rustykalne zapachy. Dla wielu z Was to pewnie żadna atrakcja, ale ja nie mam wielu doświadczeń ze Śródlądzia i stykałem się z taką kombinacja bodźców pierwszy raz w życiu. Byłem kompletnie oczarowany. Gdy tak sobie rozmarzony słuchałem, węszyłem i rozglądałem się, nagle zobaczyłem, że z drugiej strony Elby jakiś statek wchodzi w... śluzę! 

Prąd przypływu musiał bardzo przyśpieszyć od mojego ostatniego pomiaru, bo nie minęło jeszcze nawet dwie godziny od wyjścia z Cuxhaven. Wcześniejszy koniec drogi zaskoczył mnie. Nie miałem UKFki włączonej na częstotliwość śluzy. Z emocji zapomniałem jak sygnalizowane jest prawo wejścia do wnętrza. Z locji pamiętałem oczywiście, że w Brunsbttel są dwie pary po dwie śluzy, duża nowa para dla dużych statków i mniejsza, dla średniaków i takich kurdupli jak "Makolągwa". Właśnie w tą małą śluzę wchodził statek. 

Przeszedłem jak przecinak na drugi brzeg Elby, pod nosem jakiegoś statku idącego z Hamburga i wszedłem w przedsionek małych śluz i... obie były zamknięte. Podjąłem wtedy próbę zapalenia silnika. Silniczek zapalił, pochodził kilka sekund, a potem zdechł. Ten jego warkot był ostatnim aktem aktywności silnika w całym rejsie, ale zanim z niego zrezygnowałem, dorobiłem się zlewnych potów od szarpania za linkę. By sprawdzić kanał UKF śluzy, otworzyłem właz i w pośpiechu położyłem sztorcklapę na dachu kabiny. Gdy w końcu znalazłem potrzebne dane, wyskakując na dek potrąciłem klapę. Spadła z kabiny na półpokład, odbiła się i... chliupfff! . . . . . . . . . ojej! 

Sklejkowe drzwi były zupełnie niewidoczne w wodzie po ciemku. A z drugiej śluzy wytaczał się inny statek. Silny porywisty wiatr pędził mnie wprost do wejścia w śluzę, ale ja nie wiedziałem, czy mi wolno... I poza tym musiałem szukać moich cholernych drzwi. No i nie przeszkadzać statkowi. Ale gdzie cumować? Do gwiazdobloków falochronu?! Do wysokich betonowych nabrzeży? Wiem, do holownika! Jest nawet ktoś na deku, odbierze cumę! 

Tymczasem trzeba zrobić zwrot o 180° i stanąć w linii wiatru, który osłabł pod porośniętym drzewami brzegiem. Wypchnąłem ster max. na lewo i dziob powoli, powoli obracał się. Zdążyłem.. prawie. Dziób wyrznął resztką prędkości w wyłożoną oponami burtę holownika. Na ławeczce na deku, pod znakiem zakazu palenia siedział niemiecki "Seemann" i palił. Jak pierrdyknąłem, to z wrażenia wstał. Potem rzucił papierocha i przyjął cumę. 

Gościu przyczepił mnie, a gdy skończył, odczekał aż zrzuciłem żagle i powiedział, że tu w zasadzie absolutnie nie wolno stać. :) Nasz stereotyp Szwaba to taki bezmózgi robot programowany przepisami. Ech, gdyby nasi prawodawcy nie traktowali przepisów jako produkt masowy swej zbyt dobrze płatnej pracy, niekoniecznie dobry, byle dużo, to może i my nie traktowalibyśmy przepisów jako coś do łamania bez ważnego powodu. 

Ten "Hans" widział, że ja MUSZĘ złamać przepis i tu cumnąć. Widział to choćby po mojej wystraszonej minie! Na moje pytanie o znak zakazu palenia, Szwab rzucił, że często holują tankowce, a taki znak robił na nich dobre wrażenie. Potem poszedł po byycze latarki. Razem przeszukaliśmy lewą stronę przedsionka śluzy. Ani śladu moich drzwi! Potem Szwab poradził mi przejść przez śluzę i zacumować w marinie po drugiej stronie, następnie wrócić pieszo i szukać z drugiej strony śluz. Nawet zaoferował, że mi pomoże wejść na żaglach w śluzę. Po drodze delikatnie spytał, czy wiem, że po kanale nie wolno mi pływać jachtem ani na żaglach ani nocą. Wiedziałem. Dodatkowo wytłumaczyłem, że bez tych drzwi i tak nigdzie nie mogę popłynąć, szczególnie nie na jesienny, sztormowy Bałtyk. Niemiec obiecał dalszą pomoc, jak tylko wrócę z mariny. 

W marinie było tłoczno. Przycumowałem "Maleńką" i pobiegłem do śluzy. Musiałem przejść przez teren nowych ogromnych śluz. To jest w zasadzie zakazane. Ale wartownik na bramce, jak usłyszał o moim problemie, dał mi przepustkę. W pośpiechu nie napisał daty, ani obszaru, na który wolno mi wejść, tylko walnął pieczęć urzędu, więc mam ważną zawsze przepustkę na wszystkie tereny Kanału Kilońskiego. Nikt zresztą nigdy o nią nie pytał, słusznie zakładając, że skoro się tam plątam, mimo wszechobecnych napisów zakazu, to pewnie tę przepustkę mam. 

Niestety, ani tej nocy, ani następnego ranka, nie znalazłem moich drzwi. Być może, wykorzystując szczyt przypływu przeszły przez śluzę na stronę kanału i podążyły na Bałtyk. Mało prawdopodobne, bo rankiem przeszukałem brzeg kanału na długość dziesięciu kilometrów. Bardziej prawdopodobne, o ile nie poszły na dno (sklejka chyba nie tonie?), ze doczekały na Elbie odpływu i z jego prądem popłynęły na Morze Północne. 

Kto wie, może miały więcej szczęścia niż ja? Może zdołały dotrzeć do ciepłych wód Prądu Zatokowego ("żeglarski dialog z ZChNowcem": Stary Żeglarz: Kiedyś była tak mroźna zima, ze nawet sam Golfsztrom zamarzł! ZChNowiec - Dobrze mu tak, staremu Żydowi!) a z nim, przez Morze Norweskie i Barentsa na Morze Białe. Tam nie niepokojone przez nikogo (nawet Ruski nie mają chyba nic przeciwko wędrownym drzwiom) weszły na Kanał Białomorsko-Bałtycki i po jego przejściu, wydostały się na Bałtyk. Może byłby sens rozglądać się za nimi na przykład na plaży w Sopocie? Może to raczej moje drzwi zasłużyły na nagrodę Rejs Roku? W każdym razie ich żeglarski życiorys jest NIEWĄTPLIWIE ciekawszy niż np. mój. 


co było dalej