poprzedni tekst - co było na końcu - początek

część przedostatnia: "..ALE KANAŁ!.."

Z poszukiwań drzwi przywlokłem kawał plastikowej płyty z rozwalonego bilbordu. Z tego wyciąłem nową sztorcklapę, by zastąpić tę, którą zgubiłem w śluzie. Płyta była biała i pływalna. 

Narzędzia pożyczyłem od sąsiadki. W marinie Brunsbuttel obok "Malinki Robionej Obcęgami" stał dziwny jacht "Zalia". Widzieliśmy go razem z Michałem jeszcze w Ustce, gdy w czerwcu płynęliśmy na zachód. Dziewięciometrowy, nieco podobny z linii kadłuba do Cartera jacht z ciekawym takielunkiem. (Mój kamyczek do ogródka lokalnych wantolubnych salingowców-teoretyków...;) 

Wolno stojący (bez want), aluminiowy, okrągły w przekroju maszt. Pojedynczy, duży, brązowy żagiel dżonkowy. Kari Blackmoore, właścicielka "Zalii" mieszka na niej przez cały rok. Od kilku lat. Miała dowolne narzędzia, mogłaby chyba zrobić drugi jacht. Zimy spędza na Tamizie pod Exeter, powyżej pływów, pracując jako kuchta. Latem pląta się gdzie się da. Drobna delikatna blondynka, nie miała żadnych problemów z postawieniem wielkiego żagla. Refowała z kokpitu, jednym sznurkiem. Kat martwy takiego "junk rig" jest ciut większy niż w sloopie, ale dziecinna łatwość obsługi wynagradzała mniejszą sprawność płaskiego żagla. Kari nie była świadoma, że nie ma patentu choćby żeglarza jachtowego. 

Kari wracała z przyjacielem z rejsu na Bałtyk. Zabrnęli aż do Turku, po drodze zwiedzili wszystkie państwa nadbałtyckie. Teraz utkwili i czekali na odwrócenie się zachodniego wiatru. A ja, mimo korzystnego dla mnie kierunku wietrzyska, tez nie mogłem ruszać dalej! Po Kanale Kilońskim nie można żeglować, można najwyżej uprawiać motosailing. A ja nie miałem działającego silnika. 

Najpierw obszedłem wszystkie jachty w marinie, ale żaden nie szedł do Kilonii. Dowiedziałem się przy tym, że ci którzy planują iść przez Kanał, rzadko zatrzymują się w tej marinie. Zwykle płyną wcześnie rano do Kielu, prosto ze śluzy. Ponieważ rano szukałem, a potem robiłem drzwi, więc już nie miałem szans na holowanie. Z drugiej strony, gdybym został do wieczora, musiałbym płacić za marinę, a nazajutrz i tak nie byłbym w dużo lepszej sytuacji. Nawet jakbym wstał z kurami, przy odrobinie pecha, mógłbym nie znaleźć dobrej duszy do holowania. 

Wiatr wiał prawie dokładnie w osi kanału. Machnąłem ręką na przyzwoitość, postawiłem trójkąt silnikowy, rezygnując z pierwszeństwa żagla nad silnikiem (według MPDM), zanurzyłem zdechły silnik w wodzie i wyszedłem na kanał na żaglach. Zgodnie z regulaminem, mogłem o tej porze roku płynąć po kanale do 1900. Planowałem dotrzeć do mijanki Duckerswisch (ok. 22 km), gdzie miałbym darmową dalbę, a rano, jeśliby mnie ktoś dogonił, próbować złapać "jachto-stop". Plan udał się znakomicie, acz z modyfikacjami. Najpierw minąłem pierwszy prom. 

Promy przez Kanał Kiloński nosiły wtedy nazwy, które były echem niemieckiej przeszłości i nostalgii za nią, i wcale mi się nie spodobały. Jedynie pierwszy z nich, pływający w Brunsbuttel "Hamburg" nosił współczesną nazwę. Kolejne to były m.in.: Swinemunde (nie Świnoujście), Stettin (nie Szczecin), Kolberg (nie Kołobrzeg), Stolpmunde (nie Ustka), Danzig (!!!), Pilau, Konigsberg (no, pal licho! ;), Memel (nie Kłajpeda). Pomyślcie jak by niektórzy darli dzioby (słusznie zresztą, minimum wrażliwości się należy!) gdybyśmy nazywali statki m/s "Wilno", "Obrońcy Lwowa" itp. Ale nikt nigdy nie miał Niemców za okazy taktu. (Nie za to ich szanuję. "Niemiecki takt" jest dla mnie oksymoronem, tak jak "parlamentarzysta rosyjski", "Trabant-limuzyna", lub "społeczna gospodarka rynkowa".) 

Mój kamuflaż działał. Nikt nie zawracał głowy, że żegluję, ale o zmroku wiatr osłabł. Nie mogłem dotrzeć do mijanki. Po prawej stronie kanału znalazłem coś lepszego. Z dalbami miewam problemy, gdy cumuję samemu. Ale przy kei stała duża motorówka, na oko pięcio-ośmio-tonowa, policyjna w stylu. Do niej mogłem z łatwością przycumować samodzielnie. Motorówka stała na maleńkiej przystani jakiejś firmy. Mimo, że obszedłem cały ogrodzony teren firmy (był weekend, nikogo nie było) nie odgadłem czym się zajmowali. Mieli skład desek. Duże garaże. Duże biura. I jedną motorówkę. Dzięki temu, że nie cumowałem bezpośrednio do kei, nie bałem się fal wznoszonych przez przepływające frachtowce: motorówka tańczyła na fali jedynie nieznacznie spokojniej niż "Makolągwa", jak idealny pomost pływający. 

Rano wrócił wiatr. Postawiłem żagle i kontynuowałem moje niecałkiem legalne żeglowanie w kierunku Kilonii. Był niedzielny poranek, żadnych jachtów na wodzie. Bajkowe miasteczka jakby wymarłe. Była szansa, że przejdę na żaglach cały kanał. Ale koło Rendsburga dogonił mnie s/y "Antares", niemiecki sloop z Luhne. 

Krzyknąłem im, że mam trafiony silnik i spytałem, czy nie wzięliby mnie na hol. Zgodzili się chętnie. Odkrzyknąłem, żeby poczekali, a na znak wyprzedzili mnie i podjęli hol. Ustaliliśmy tez kanał UKF na pogaduchy. Potem nastawiłem autopilota i poszedłem z cumami na dziob. Tu najpierw zrzuciłem fok, a gdy pilot wrócił "Marią" na kurs (moment emocji, tego z nim jeszcze nie przerabiałem) połączyłem cumy w długi hol, zaczepiłem go do sztagownika i machnąłem Niemcom ręką. Sprawnie przejęli hol, płynnie przyspieszyli i zaczęli holować ze stałą prędkością 6 węzłów. Wyłączyłem autopilota, zrzuciłem grota, sklarowałem żagle, usunąłem trójkąt silnikowy i wynurzyłem silnik. Potem pogadałem sobie odrobinkę z holującymi. Młode małżeństwo, wracali na Bałtyk z Francji, łódź była w jednej czwartej ich. 

Do Kilonii-Holtenau dotarliśmy w deszczu. Trochę to trwało, zdążyłem odrobinkę się zdrzemnąć. W śluzie zapłaciłem myto kanałowe i podziękowałem miłym Niemcom za przysługę. Spieszyli się na spotkanie, a ja musiałem zrobić zakupy, więc rozstaliśmy się. Na odchodnym zaciągnęli mnie jeszcze do mariny Holtenau. Tym samym w jednym rejsie "zaliczyłem" trzy kanały: Falsterbo, La Manche i Kiloński. Marna rekompensata za porażkę z planowanym przejściem najdłuższym wykopanym ludzką ręką morskim kanałem na świecie, czyli Kanałem Białomorskim. 

W Holtenau nie ma astronomicznych pływów dobowych. Już dawno nie cumowałem do nabrzeża bez pływających pomostów. Keja jest tam na tyle wysoka, że musiałem naśladując inne "kurduple", przywiązać szpringi do kolumny masztu, a nie do moich knag cumowniczych. Knagi są za nisko. 

Była niedziela wieczór. Wszystkie sklepy spożywcze były pozamykane. A ja chciałem kupić świeże pieczywo. Spytałem o rade starsze państwo, spacerujące po kei pod olbrzymim parasolem. Przyglądali się moim manewrom "inercyjnego" wchodzenia do mariny. Zaproponowali, że mnie podwiozą do odległej, czynnej całą dobę, stacji benzynowej ze sklepikiem. Ale ja chciałem sklarować jacht przed nocnym wyjściem w morze. Niechętnie odłożyłbym to na po zmroku. Zaproponowali mi wtedy, żebym im dał forsę, to mi zrobią zakupy. Niewiele myśląc wysupłałem setkę zaskórniaka i poprosiłem, by mi kupili świeżego czarnego pieczywa za dziesięć marek. Dopiero gdy odeszli zdałem sobie sprawę, że oto zaryzykowałem większą częścią mojej gotówki. A karty płatniczej wtedy nie miałem). Że w rodzimym kraju byłby to szczyt głupoty. A tu? "To takie naturalne..." 

Skończyłem klar, zdążyłem nawet zdobyć z innego jachtu strrrasznie porwaną flagę angielską do mojej gali banderowej po powrocie (mój "Red Ensign" został na stole w czasie imprezy, gdy żegnałem Dartmouth) gdy starsza pani wróciła z baaardzo zadowoloną miną, siatką pełną kruchych ciasteczek, białych bułeczek i... niespełna siedemdziesięcioma markami reszty. I co ja z takim pieczywem pocznę na morzu? To było sympatyczne, ale... Ręce opadają: czy kobiety na całym świecie i w każdym wieku, muszą być takie same!? 

Co było robić? Armatorowi plastikowej mini-ambasady nie wypadało marudzić. Podziękowałem "meine gnadige Frrrau" z gracją godną słonia cyrkowego i nawet ją złośliwie pocałowałem w rękę. Zacząłem się śmiać dopiero gdy sobie poszła. Dobrze, że przez awarię silnika nie musiałem kupować benzyny! Ale moje rezerwy "na wszelki wypadek" były niezbyt imponujące... 

W zapadającym zmierzchu wypłynąłem na Zatokę Kilońską. Po prawie trzech miesiącach rejsu s/y "Moja Maria" znów rozcinała zielonkawe wody Bałtyku, morza, którego nigdy przedtem ni potem nie opuściła. 



Kończąc moją opowiastkę mam do Was wszystkich osobistą prośbę. Nie wierzcie jak Wam ktoś będzie próbował wmówić, że otoczka prawna polskiego żeglarstwa jest dla Waszego dobra. Że my, Polacy, jako naród genetycznie pozbawieni jesteśmy instynktu samozachowawczego i dlatego trzeba nam zafundować sześciostopniową tabelę obowiązkowych uprawnień żeglarskich, egzaminy, przeglądy i zakazać pływania bez tych formalności. Że bez tego żeglowalibyśmy jak ci Kubańczycy-desperaci, na byle czym, daleko, bez żadnych umiejętności, że potopilibyśmy się jak szczury. Że jesteśmy tak bardzo różni od innych nacji. 

Nie wierzę w konieczność nadzoru PZZ, PRS, PIR, GUM i innych trzy - i czteroliterowych ciał obcych nad moim pływaniem po morzu. Moim rejsem, łamiąc tak wiele przepisów, a jednocześnie tak niewiele zasad dobrej praktyki, udowodniłem sam sobie, że mam choćby ciut racji. Będę miał frajdę jeśli z tych moich historyjek wyciągniecie taki właśnie morał. 
 

Wasz Tomek Chodnik 


co było na końcu