poprzedni tekst - zamiast posłowia - początek

do domu

Ach, Bałtyk... Zachodni Bałtyk jest ruchliwym miejscem. Nie aż tak jak Cieśnina Kaletańska, ale prawie. Do tego dochodzi chłód, szkwalisty wiatr i zmęczenie... Gdy minąłem północny brzeg wyspy Fehmarn, było po północy. Po raz enty zszedłem pod dek by włączyć GPS. Na krótko, więc nie włączyłem autopilota, tylko stanąłem w dryf. GPS budził się i budził i budził... Na moment oparłem głowę o łokieć. I... zasnąłem! 

Wybaczcie, nie opiszę Wam tu mojej najcięższej próby. Tak jak nie opisałem traumatycznych zdarzeń poprzedzających rejs, motywujących do niego, ani moich morderczych przygotowań, ani nawet wszystkich odwiedzonych portów, spotkanych jachtów i malowniczych ludzi, i krajobrazów, huśtawki nastrojów od euforii po depresję, spotkań z morską fauną, wielu zdarzeń z Rosji, Anglii, Niemiec i Danii. W sztrandowaniu też nie ma nic ciekawego. O wiele ciekawsze (emocjonalnie, dydaktycznie, organizacyjnie i żeglarsko) jest schodzenie z plaży. I spotkania z tak autentycznymi ludźmi jak Svend-Erik i Helle Hansenowie. To jedni z wciąż działających duńskich piratów dorszowych. (Ponoć maja wilczy bilet w Polsce, Rosji i u Bałtów, choć rzadko są łapani dzięki fantastycznie utrzymanemu silnikowi ich kutra) Bez ich pomocy straciłbym dużo czasu i pieniędzy, jeśli nie musiałbym płacić ceny najwyższej: zagłady "Mojej Marii". Takie opisy nie nadają się do tak bezdusznego miejsca jak Internet. Może kiedyś los pozwoli mi je nanieść na zwykły biały papier. Może kiedyś opowiem Wam o tym przy szklance. Na razie mogę Wam służyć jedynie opisem zakończenia rejsu. 

Wyjściu "Morskiej Panny" z Rodbyhavn towarzyszyła mała owacyjna demonstracja. Z butelek Carlsberga wypitego przeze mnie i moich nowych duńskich przyjaciół można by wybudować mały dom. Miało upłynąć tylko trzy dni, bym mógł jego smak porównać z wytworami rodzinnego miasta mojej matki, Żywca, a jeszcze dwa dni do ostatecznej konfrontacji z "Cieszącym Wszechświatem" widzianym okiem uzbrojonym w szkło wypełnione produktem Hevelius BC Ltd. 

Inaczej mówiąc, płynąłem, płynąłem, aż dopłynąłem do Władka. Po drodze, zgodnie z umową faksową z Admirałem "Wszech, Byle Nie Za Dużych" Żagli, Jurkiem Kulińskim, na trawersie Ustki zawiadomiłem przez UKF Słupsk Radio, że jestem tuż-tuż. Jazda była znów fantastyczna: fordewind, silne jesienne wietrzysko. Gdy wyszedłem zza Rozewia i przez UKF spytałem bosmanat Władysławowa jak teraz wygląda dno koło główek, (chciałem bezczelnie wchodzić na skróty, bez silnika) bosman zapytał: - czy to TA "Moja Maria"?!... Okazało się, że od paru dni zawracano mu głowę. Nie tylko moja rodzinka miała w tym swój udział. Ze od wczoraj w porcie stała m.in. "Lewatywa" (s/y "Levanter") pod Grubym Krzysiem z załoga, jako mój holownik, eskorta honorowa i obstawa. Na te słowa w eter niezbyt regulaminowo, za to z przytupem, wszedł rzeczony Krzyś, mówiąc, że już "k__a" dwa razy dziś wychodził w morze (z "jakimiś kurduplami Nefrytami") by mi wyjść naprzeciw, ale tak "piź__iło", że za obu razami wracali przemoczeni, bo za Rozewiem było "prze__ane". W związku z nomenklaturą nautyczną stosowaną przez Krzysia, czym prędzej uciekłem z nim z kanału UKF bosmanatu. Na innym kanale ustaliliśmy, gdzie Krzyś z niedobitkami flotylli na mnie czatuje (nie niósł żagli, więc nie mogłem go wypatrzyć) i że mnie wciągnie do portu. Jak ja się cieszyłem jak go w końcu zobaczyłem! Krzyś był kapitanem moich pierwszych rejsów oficerskich. To dzięki niemu wróciłem do żeglarstwa, mimo pewnego szczególnie nieudanego rejsu. To on mnie przekonał, że żeglarstwo jest wyrafinowaną zabawą, dającą beztroską i niewymuszoną przyjemność, a nie katorżniczym wysiłkiem zniesienia ograniczeń narzucanych ludziom przez ludzi. 

Gdy już wciągnął mnie do portu i przycumowałem Krzyś mnie wyściskał i obfotografował. Kapitalnie zachowali się WOPiki i GUMik: obsłużyli się sami, nie przerywając mojego wiązania cum i szpringów. Czytali swoją ankietę na głos i sami na głos odpowiadali, na pytania jak: "przedstawiciel armatora", "liczba silników", "pojemność ładowni". Aż trudno mi było z rozbawienia cumować. 

Gdy się przewaliło, zadzwoniłem do Gdańska do rodzinki i usłyszałem, że jestem za wcześnie, bo spodziewali się mnie co najmniej pół doby później, ale już wsiadają w samochód i jada do Władka. Po pewnym czasie, gdy siedziałem w kabinie "Marysi", klarując i opowiadając głodne kawałki załodze Krzysia i zaprzyjaźnionym Nefrytonautom, rozległ się szczek, potem huk i potem chrobot pazurów po deku. Zdążyłem doskoczyć do wejścia gdzie zostałem napadnięty, potargany i dokumentnie wylizany przez mojego psa Kłopota. To był pierwszy raz, kiedy sam wlazł na pokład jachtu. Dawniej bał się i musiał być wnoszony. 

Na kei moja rodzina zawzięcie kłóciła się który z trzech Nefrytów jest mój. Tak jakby każdy Nefryt miał pod prawym saligiem suszarnię flag! Tylko ojciec ciut się zdziwił, że pies mu się wyrwał i wskoczył na jakąś łódź. Nikt z mojej rodziny nigdy nie żeglował, jesteśmy porządną, lądową rodziną z południa kraju. Np. mama nie wierzy, ze żeglarstwo to zajęcie dla całkiem normalnych, dorosłych ludzi i zwalczała moje plany rejsu na wszelkie sposoby. Nie przyjechała, bo mógłbym uznać to za poparcie dla mojego żeglowania, ale prócz niej przybyli wszyscy. 

Rodzinka przywiozła szampana. Z braku miejsca w kabinie "Marysieńki" i z powodu deszczu i wiatru poszliśmy z nim do kabiny "Lewatywy". Krzyś znów zrobił kilka zdjęć "znienacka", a moja rodzinka też. Potem poszliśmy do knajpki na obiad, trochę połaziliśmy i rodzinka pojechała do domu. Skonany, poszedłem spać. 

Teraz się nie śpieszyłem. Następnego dnia spałem sobie do południa. Potem przyjechał pogadać Jurek Kuliński z Pawłem Mazurem z "Superexpressu". Pawła namówiłem na pożeglowanie ze mną te parę mil, które chciałem zrobić tego dnia do Helu. Na swoje nieszczęście zgodził się i gdy na trawersie Góry Szwedów przyflauciło, dostarczyłem go do portu grubo po odjeździe ostatniego pociągu. Chyba go na zawsze zniechęciłem do żeglarstwa morskiego. Był na morzu pierwszy raz w życiu, w tym czasie przeżył wszystko co najgorsze: chorobę morską, ciszę, dietę konserwo-chlebową i nocleg na chrapiącej "Lewatywie" (sprzedałem Pawła na noc załodze Krzysia, bo tam było więcej miejsca) 

Rankiem wyszedłem na godzinę przed "Lewatywą", bo to duży jacht, dużo szybszy niż Nefryt. Krzyś dogonił mnie koło główek Gdańska. Wziął mój hol i poholował w głąb Martwej Wisły. Nie płynął szybko. Mogłem bez pośpiechu zwinąć schludnie żagle na bomie i relingach, i rozwiesić całą moją galę flagową. 

Do mariny wpływałem w kawalkadzie z kilku Nerytów, Siluet i kilku większych jachtów (ha! eskortowała mnie sama s/y "Antica" Jurka Wąsowicza & CO, prosto z rejsu dookoła świata i duża motorówka kpt. Oroczki, obecnego właściciela stoczni im. Conrada, który przed laty był w Murmańsku, jako oficer na pokładzie s/y "Otago", w jej ostatnim, tragicznym rejsie. Wtedy też planowano trasę przez Kanał Białomorski. Mimo, że czasy były politycznie bardzo odmienne, a rejs miał poparcie politycznej wierchuszki, im też nie udało się. Jego obecność była dla mnie jak memento. Mi jednak się udało wrócić. 

Śmierdziało kordytem od rakiet, megafony z jachtów przekrzykiwały się z megafonami z mariny. Na Pobrzeżu Rybackim, przed Żurawiem, przy balustradzie, koło mojego ojca, stała z białą chustka w jednej ręce, a aparatem fotograficznym w drugiej, starsza, elegancka kobieta. Moja matka. Wiec jednak przyszła. To co, że się "urwała" zanim zacumowałem i oficjalni witacze zaczęli przemawiać. Nigdy w życiu tak uroczyście nikomu nie salutowałem, a za moim przykładem niezorientowani załoganci Krzysia z "Lewatywy". 

W marinie imprezą dyrygował komandor Andrzej Dębiec. Najpierw ja musiałem ścierpieć przemówienia kilku ludzi, potem oni musieli znosić mój rewanż. Potem wziąłem z rak prezydenta T. Sowińskiego puchar (na oko dwa-trzy litry, blaszany czerep, plastikowa nóżka na lastrikowym klocku z cacy napisem, bezgust total) i medal tysiąclecia Gdańska. Potem cala gromada poszła do klubu Dębca "Zejman", słuchać muzyki, słuchać jak Jurek Kuliński i paru innych Dużych, publicznie, acz całkiem sympatycznie mnie "magluje" ("konferencjo-prasuje") i sączyć rożne zbożne trunki. 

W marinie, ciesząc się wreszcie spokojem samotności, na honorowym miejscu, na darmowym postoju, został pancerny Nefryt, niespożyta "Zdobywczyni Nordu", "Pogromczyni Dzikusów", nieustraszona "Żółta Lódź Desantowa" obwieszona kolorowymi szmatkami jak prawdziwa kokietka. Białoczerwona (ale nie banderka PZŻ!) na flagsztoku rufowym, flagi wszystkich krajów, choćby tylko zahaczonych wodami terytorialnymi pod prawym salingiem, czerwona flaga Gdańska na topie masztu, na fale grota. 

Wielka przygoda zakończyła się. Nieprędko przeżyję większą. 


zamiast posłowia