Nietypowy rejs 

26 września 22:44:02 +0200 Urszula Rorbach  "Ula" <sp8ula@wp.pl>  na grupie p.r.z w wątku "nietypowy rejs - dłuugie" przedstawiła relację z rejsu na angielskim jachcie gdzie część załogi stanowili niewidomi.  

Nietypowy rejs

Witam serdecznie
Właśnie dochodzę do siebie po rejsie i kilka refleksji. Rejs jak dla mnie nietypowy, gdyż brytyjski jacht - kecz bermudzki 25m,  brytyjska załoga - 19 osób na pokładzie, w tym 9 niewidomych. 2 osoby rozróżniały cienie, pozostałe nie odróżniały dnia od nocy. Całość odbywała się pod egidą London Sailing Project, fundacją zajmującą się propagowaniem żeglarstwa wśród młodzieży „trudnej” i osób niepełnosprawnych. Niestety, nie należę już do młodzieży (choć charakterek mam raczej trudny), tak więc byłam członkiem załogi i opiekunem jednej z osób niewidomych. Tylko skipper nie miał podopiecznego. Ja miałam szczególne wyzwanie - młody człowiek nie tylko niewidomy, ale i  z poważnym niedosłuchem. Wypłynęliśmy z Hamble - niedaleko Portsmouth, do Sandown na Wyspie Wight, później Cherbourg -  Francja, Alderney na Kanale La Manche, później ponownie Wyspa Wight -Yarmouth i Cowes i ponownie Hamble. Neptun okazał się łaskawy i pomimo kiepskich prognoz początkowo (zapowiadane sztormy), wiatry były sprzyjające, przez większość rejsu 3 - 5B czyli idealnie. Rejs miał charakter szkoleniowy, czyli dbano, aby załoga się nie nudziła - ciągłe zmiany żagli, refowanie, itp.  Po raz pierwszy stawiałam bezansztaksel  - wielki żagiel, wyglądający dość orientalnie - ale świetnie się sprawował przy słabych wiatrach z baksztagu.
Prawdę mówiąc, na początku bałam się - jedyny obcokrajowiec na pokładzie, a przy tym nie miałam nigdy wcześniej doświadczenia z pracy z osobami niewidomymi. Gdyby nie opisy rejsów Kapitana Zbierajewskiego (serdecznie pozdrawiam - to Pańskie opisy rejsów na Zawiszy zainspirowały mnie i dodały odwagi, że jednak można), nie porwałabym się na ten rejs. Przez sentyment do Zawiszy (pływałam na Zawiasie kilka lat temu po Bałtyku w Lutym - do Kłajpedy) oraz Kapitana postanowiłam zaryzykować.
Cóż, nie było do końca lekko. Czterech Ocean Yachtmasters na pokładzie zredukowanych do roli załogi i skipper mało charyzmatyczny nigdy nie wróżą nic dobrego. Totalna wojna zranionych ego (oficerami wachtowymi byli „tylko” Offshore Yachtmasters) odbijała się nieco na reszcie załogi, zwłaszcza widzącej - czyli raptem 3 osobach. Tak więc polecenia nadlatywały z różnych kierunków, najczęściej sprzeczne i nie do końca było wiadomo kogo słuchać - „”mój” oficer wachtowy się poddał i zajmował głównie gotowaniem i sprzątaniem, bawiąc się obserwacją wojny na pokładzie. Ciągle tworzyły się „komitety” krytykujące właśnie podjęte decyzje, ale tylko pokątnie, obowiązywała zasada „keep smiling, be happy”. Osobiście wolę sytuację w której wiadomo kto w danej chwili „dowodzi” i co konkretnie mam robić, zwłaszcza, jeżeli jednocześnie mam instruować osobę niewidzącą i niedosłyszącą, a nawet kilka osób, gdyż część opiekunów większość rejsu spędziła w nawigacyjnej tworząc oddzielny „komitet” .
     Nic to. Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy z niewidomymi. Jest to niesamowita lekcja życia, okazja do zrewidowania postaw życiowych i refleksji nad życiem własnym. Optymizm tych ludzi, chęć działania, chęć nauki nowych rzeczy jest naprawdę budujący. Na początku większość osób trzeba było sporo nauczyć, gdyż po raz pierwszy byli na tym jachcie, lub po raz pierwszy na morzu. Ale później, pracowali przy wszystkim - zmiany żagli, klarowanie lin, składanie żagli, gotowanie, sprzątanie.  Po 2 dniach Ja już robiłam niewiele - głównie tylko pomagałam niewidzącym. Wierzyć mi się nie chciało, że te osoby naprawdę nie widzą - tak sprawnie stawiali żagle, sterowali, poruszali się po pokładzie.  Tym bardziej, że jacht nie był specjalnie przystosowany do rejsów z niepełnosprawnymi, jak Lord Nelson czy Tenacious. Tylko przystawka do kompasu sygnalizująca dźwiękowo zejście z kursu (wysokość tonu i częstotliwość dźwięku wskazywały w którą stronę obrócić koło).  Obyło się bez wypadków - jeden skaleczony palec przy otwieraniu konserwy. Prawdę mówiąc kilka razy lekko się spociłam, gdy musiałam np. przeprowadzić  5 niewidomych osób po 3-metrowej drabinie - duży skok pływu i jacht zacumowany do nabrzeża, a nie pontonu. 3 osoby w wieku ok. 60 lat, z problemami z chodzeniem. Po drodze krzyżowały się cumy i szpringi, ale udało się. Nikt nie spadł. Wróciłam zmęczona,  ale zadowolona.  Co prawda, ze względu na pływy, trzeba planować  trasę z zegarkiem w ręku i ukochaną porą kapitana na wychodzenia z portu była 04:00. Tak więc budzenie o 3:30 po powrocie z pubu o 23:30 (gdzie wachta wychodząca pila Colę), było bolesne i momentami pojawiała się myśl: za taką kasę to powinnam na plaży leżeć i drinki pić, a nie harować po ciemku na pokładzie. Ale cóż,  jest to nieco masochistyczne hobby.
      Po powrocie do Zamościa opowiadałam przygodnie spotkanym osobom o  rejsie i usłyszałam komentarz: „A po co to takich brać, i tak nic nie widzą”. Cóż, uważam, że naszą rolą jest przekonać ludzi, że jednak warto. Że „sprawni inaczej” nie powinni być skazani na 4 ściany, że ci ludzie też potrafią cieszyć się przygodą i wyzwaniem, a w niektórych przypadkach sprawdzają się lepiej niż widzący - w nocy lub we mgle - po prostu lepiej słyszą. Nieomal zastępują radar. Sprawdzone. Kontakt z tymi ludźmi daje bardzo dużo. Dodaje mnóstwo optymizmu i radości życia.  Dlatego jeżeli będę miała czas i możliwość, to chętnie popłynę ponownie.

Pozdrowienia  z Zamościa
Urszula Rorbach